środa, 18 sierpnia 2010

ZMIANA BLOGA

Pozazdroscilem Olce mapki na jej blogu na ktorej sa wymalowane nasze wyczyny i postanowilem przeniesc sie na portal o podobnej funkcjonalnosci. Zapraszam na TRAVELPOD, przenioslem tam prawie wszystko co jest na tym blogu (oprocz komentarzy), a ponadto uzupelnilem bloga o opis calego naszego pobytu w Indonezji + pare zdjec. Goraco zapraszam :).

PS. Prosze mi wybaczyc bledy stylistyczne i literowki, ktorych zapewne wiele w ostatnich wpisach, jest juz dosc pozno (3cia rano), a ja uparlem sie, ze dzisiaj to opublikuje i niestety nie mialem nawet okazji przeczytac dokladnie co napisalem.

niedziela, 15 sierpnia 2010

[7-10.05.2010 Malezja] Na wschod Borneo do KK

Rano o 7:30 zameldowalismy sie na skrzyzowaniu przy hotelu z plecakami, po 10 min przyjechal nasz jeep (koszt 45 rm/osobe). Pierwsza czesc podrozy (ok 2,5h) wiodla przez czesciowo blotnista, czesciowo ubita droge gruntowa - akurat przez kilka ostatnich dni nie padalo, wiec daloby rade przejechac normalnym autem, ale po deszczach to jedyna opcja w tym rejonie bylo 4x4. Pozniej jeszcze okolo godziny jechalismy juz asfaltowka do skrzyzowania z glowna trasa Sibu - Miri (nam "bylo po drodze" do tego drugiego). Komunikacja w tym rejonie wyglada tak, ze sie staje przy jezdni i czeka az przyjedzie jakis autobus (kazdy z nich jechal do naszego celu). Jako, ze byla chwila wolnego czasu to skusilem sie na male co nieco w przydroznym fastfoodzie. Akurat gdy skonczylem przegryzke to nadjechal autobus (ktory w dodatku sie zatrzymal :) ) i zaladowalismy sie na kolejne 160km jazdy (za 10rm od lebka na popsutych fotelach :D). Po dotarciu do Miri najpierw krecilismy sie chwile w okolicy dworca w poszukiwaniu jakiegos taniego dojazdu do centrum (czego w Azji maja taka manie robienia dworcow na dalekich przedmiesciach np 5 -10 km od miasta?? - pewnie zeby wyciagac pieniadze od biednych backpackersow ;)), w koncu jakis lokales uslyszal nasze pytania i pomimo, ze tam nie jechal to nam zaproponowal podwozke (z czego skwapliwie skorzystalismy). Pozniej zostawilem Olke z bagazami, a sam zrobilem szybki rekonesans po pobliskich hotelach, padlo na jakis tani? (30rm) chinski hotel, ktorych wiele w tym miasteczku. Po zakwaterowaniu poszlismy na obiad w hinduskiej knajpce, natomiast caly wieczor spedzilem na probie odblokowania konta w Alior Bank (dzwoniac na infolinie), zeby moc wysylac przelewy. Oj jakich ja sie sposobow nie imalem (oczywiscie kombinowalem zeby bylo jak najtaniej ). Najpierw poszedlem po najmniejszej linii oporu i wrzucilem kase na konto skype, zeby zadzwonic korzystajac z mozliwosci telefonowania na stacjonarne - okazalo sie ze skucha - nie moglem dodzwonic sie na infolinie, bo to jakis numer specjalny. Wiec wyskoczylismy do pobliskiego centrum handlowego (10 min drogi) i doladowalem wieksza kasa moj prepaidowy malezyjski numer. Myslalem ze to spoko wystarczy na 20 min rozmowe, a okazalo sie, ze troche musialem poczekac na lini (jak to w infoliniach bywa), pozniej mnie przelaczyli raz, drugi i w koncu ledwo sie zautoryzowalem u przemilej Pani i wyluszczylem problem to juz bylo po limicie :/. Wiec mialem kolejnego "lota" do centrum handlowego, a tam po rozmowie ze sprzedajaca okazalo sie, ze moge skorzystac z tanszej alternatywy czyli specjalnych kart do dzwonienia za granice (uzywalem ich juz w Iranie i moja siostra tez z tego korzystala w Barcelonie podczas mojej wczesniejszej wycieczki - dlaczego ja o tym zapomnialem !!).Kupilem od razu dwie, obliczylem ze powinno wystarczyc i do hotelu. A tu zdziwko: zeby uzyc takiej karty trzeba najpierw wpisac numer seryjny, a pozniej haslo z karty wybierajac odpowienie opcje z menu glosowego. Niby proste, ale menu bylo po malezyjsku :/. Najpierw poszedlem do recepcjonisty - Chinczyka - ktory dobrze mowil po malezyjsku, troche gorzej po chinsku, a najgorzej po angielsku. Po godzinie spedzonej na probie zautoryzowania kart i dogadania sie z nim w koncu sie poddalem i zdecydowalem na 3ciego "lota" do centrum h. modlac sie zeby punkt sprzedazy byl jeszcze otwarty. Udalo sie, chociaz pani byla juz na wylocie, wprowadzila mi obie karty, szczesliwy dotarlem do hotelu i ... okazalo sie, ze z korzystajac z tego serwisu nie moge dodzwonic sie na numer specjalny infolinii. Mialem juz dosc walk na ten dzien, zreszta wszystko bylo juz zamkniete, wiec liczac na to, ze przemila pani z infolinii pociagnie temat i odblokuje mi konto i nie potrzeba zadnych dodatkowych potwierdzen od mnie na pytania typu: prosze powiedziec "zgadzam sie" na odblokowanie .... :D - poszedlem spac. Pani wywiazala sie z zdania wysmienicie (drogi Aliorze - zawsze wierzylem w Ciebie ;) ) i nastepnego dnia mialem w koncu odblokowana mozliwosc puszczania przelewow, ktora byla zablokowana (nie wiem dlaczego - jakis blad systemu pewnie) od poczatku jak tylko zalozylem konto (czyli ok 1 rok).

Zeby nie bylo zbyt rozowo to nastepnego dnia juz o piatej musielismy wstac i drzec na dworzec autobusowy (na szczescie podczas moich walk z kartami telefonicznymi obczailem dokladnie rozklad jazdy autobusow, bo po drodze do centrum h. byl przystanek autobusowy ktory mijalem chyba 9 razy :)). Dojechalismy idealnie tzn zdazylismy kupic bilety, zajac sobie miejsca w nierozwalonych fotelach (wazne, bo czekala nas dluga podroz), zjesc spokojnie sniadanie. To byla podroz obfitujaca chyba w najwieksza ilosc przejsc granicznych, bo przekraczalismy 2x granice z Sultanatem Brunei wiec najpierw byla wysiadka przy opuszczaniu Malezji, pozniej przy wjezdzie do Brunei, pozniej znowu opuszczanie Brunei i ponownie wjazd do Malezji i tak jeszcze jeden raz. Finalnie mialem cala strone w paszporcie zuzyta tylko na ten przejazd. Okolo 20tej dotarlismy do Kota Kinabalu (po ichniemu KK - Malezyjczy wszystko skracaja :) ) - miejscowosci wypoczynkowej na Borneo i stolicy prowincji Sabah.Zakwaterowalismy sie w Tropicana Lodge, gdzie wzielismy lozka w 6cio osobowym dormie, ale ze nie bylo innych gosci to caly pokoj byl dla nas. Dodatkowo w cenie (20rm/lozko) bylo sniadanie (czyli tradycyjnie juz tosty i dzemik kokosowy) oraz darmowe wi-fi.

Nastepny dzien spedzilismy na nic-nierobieniu tzn poszlismy nad wode, obejrzalem F1 w hotelu z recepcjonistka - fanka tego sportu, pozniej odwiedzil nas w hotelu Herbert - policjant z Niemiec, ktorego pierwszy raz poznalismy na Langkawi, a pozniej spotykalismy sie jeszcze kilka razy w innych miejscach. Byl akurat po zrobieniu Mount Kinabalu - najwyzszego szczytu na Borneo (i chyba w tej czesci Azji) - wlasnie glownie z tego powodu miejscowosc Kota Kinabalu jest bardzo chetnie odwiedzana przez zagranicznych turystow. Dodatkowo w okolicy sa malownicze wyspy, szczegolnie polecana przez spotkanego pozniej Australijczyka jest Sipadan - koralowa wyspa o ksztalcie komina, wokol ktorego mozna nurkowac ogladajac podwodne zycie. Obie atrakcje (szczyt i wyspa) sa niemilosiernie drogie (nawet wspomniani Niemiec i Australijczyk - nie backpackersi - plakali) - ale podobno warto. My nie mielismy az tyle pieniedzy, gory mielismy w Nepalu, na wyspy jechalismy do Indonezji - wiec olalismy (albo odlozylismy na kiedy indziej ;) ) te lokalizacje. Wieczor spedzilem na walce z Iphonem, chcialem tylko zresetowac ustawienia, okazalo sie ze koncowo musialem przeinstalowac cale oprogramowanie (niezle mi Ci Chinczycy z HK w nim namieszli :)) - dzieki temu spac polozylem sie dopiero nastepnego dnia wieczorem, jak wsiedlismy do nocnego autobusu do Tawau - miejscowosci skad mozna statkiem dotrzec do Indonezji.

Dojazd do tego autobusu to tez historia - oczywiscie dworzec jest na zewnatrz miasta, wiec najpierw skorzystalismy z darmowego autobusu, zeby dojechac na lokalny mini-dworzec, z ktorego odjezdzaja busiki do pobliskich miejscowosci, pozniej znalezlismy ten, ktory nas mial dowiezc do wiekszego dworca, ale byl juz pelny. Nie chcielismy trwonic czasu, wiec dogadalismy sie z kierowca ze usiadziemy w przejsciu na podlodze na plecakach. Po 15 min bylismy u celu, od razu podbiegli do nas mlodzi chlopcy-naganiacze, ktorzy chcieli pomoc niesc bagaz, po to zebysmy "trafili" do odpowiedniego okienka. "Grzecznie, acz stanowczo" odmowilem (no, I SAID NO!!) ;) i poszlismy znalezc najtansza opcje we wlasnym zakresie. Ceny byly podobne (ok 50rm), wiec tylko upewnialismy sie czy sa miejsca po srodku autobusu (nie na poczatku bo duzy ruch i kierowcy czesto gadaja) i nie na koncu (bo strasznie sie podskakuje i trudno spac) oraz czy maja klime. Nawiew mieli ze heej - Olka plakala, ze zostawila nauszniki kupione w Indiach w plecaku glownym, poza tym okazalo sie, ze trafila na ... zepsute siedzenie, ktore sie nie rozkladalo :D. MI nie wialo i mialem dobre miejsce, a ze mialem za soba nieprzespana noc, to obudzilem sie dopiero o 5tej rano jak dotarlismy do Tawau :).

wtorek, 3 sierpnia 2010

[4-6.05.2010 Malezja] W tropikalnej dzungli

4.05. Kapit Belaga

Wczesnie rano zrobilismy sobie pobudke i juz o godz 8 bylismy na arabskim markecie. Olka zjadla 2 roti canai (smazone chlebki jeden z jajkiem i sosem curry, drugi zwykly za to z dzemem na pikantnie), ja polasilem sie jak zwykle na fried kueh touw (special) czyli kluski z roznymi kawalkami miesa, owocow morza i warzyw. Pozniej w planach bylo zalatwienie permitow na dalsza podroz w glab Borneo, ale okazalo sie, ze posterunek policji zostal przeniesiony gdzies dalej, trzeba by bylo brac taxi, zeby sie wyrobic czasowo, wiec zapytalismy bileciarzy na nabrzezu czy mozna inaczej i podpowiedzieli, ze da rade wyrobic permit na miejscu w Beladze. Jeszcze dla pewnosci zapytalismy akurat napotkanego policjanta (ktory wlasnie wypisywal komus mandat) i gdy on to potwierdzil z czystym sumieniem udalismy sie na nabrzeze, zeby poczekac na statek. Tam nie lada wyzwaniem bylo odnalezienie wlasciwej lajby, ale staruszka sprzedajaca lakocie pomogla nam, najpierw nam go opisala, a gdy statek nadplynal przyszla i go wskazala. Wygladalo na to, ze bedzie dosc tloczno, a ze chcielismy zajac miejsca w tanszej,drugiej klasie skorzystlismy z bandyckiej metody i Olka skoczyla szybko z malym plecaczkiem zajac miejsca, a ja potem dotarlem juz powoli i ostroznie (bo bylo bardzo wasko i slisko) z dwoma duzymi. Bilety kosztowaly nas po 35Rm na osobe, podroz trwala kolejne 5h, widoki za oknami znowu byly zawaliste, ale ja skupilem sie na wyswietlanym wlasnie filmie (po tylu miesiacach bez tv jak tylko zobacze kawalek ekranu to mnie od razu "wciaga").

Po dotarciu do Belagi podszedl do nas jakis miejscowy moczymorda, ktory wreczyl wizytowke guest hause'u "Daniel's Corner" proponujac od razu bardzo dobre ceny 20Rm za pokoj. Poszlismy za nim i tam spotkalismy sie z wlascicielem, ktory pokazal nam pokoj, bardzo czysty, oddany do uzytku 4 miesiace temu. Zdecydowalismy sie rowniez dlatego, ze Daniel jest lokalesem z krwi i kosci, rdzennym mieszkancem Borneo wychowanym w dzungli, wiec liczylismy na ciekawe opowiesci i moze jakies podpowiedzi co do naszych planow pochodzenia po dzungli. Aha-okazalo sie, ze permity nie sa potrzebne, a w tym samym miejscu zakwaterowali sie Olivier ze Szwajcarii i Nati z Tajlandii, ktorych poznalismy juz dzien wczesniej na statku. Po krotkiej pogawedce z Danielem, gdzie zaproponowal nam kilka opcji spedzenia czasu (niestety wszystkie bardzo jak dla nas kosztowne) m.in. wizyta w jego rodzinnej wiosce, wypad w dzungle, poszlismy "na miasto" poszukac jakiegos jedzenia. Padlo na "babi hutal" - danie z dzika z ryzem i szpinakiem (za 5 rm). Po powrocie do hotelu rowniez Daniel zaprosil nas na jedzenie, ktorym okazalo sie to samo danie tylko mieso bylo troche mniej smaczne, a zamiast szpinaku byly gotowane, a potem smazone paprocie lesne (zreszta bardzo smaczne). Wieczor spedzilismy na pogaduchach na werandzie z Olivierem i Natim (i tysiacami latajacych zyjatek). Bylo o podrozach, o ich osobistych perypetiach (sa para gejow), o Indonezji (naszym kolejnym celu). Przy okazji pozyczylismy na nastepny dzien pelna nowa edycje LP Indonesia, zeby zaczac ukladac plany pobytu w tym kraju.

Kolejny dzien spedzilismy na wgryzaniu sie w temat Indonezji, po poludniu znowu zalapalismy sie na lunch u Daniela (rybka i jakies grzyby), po poludniu poszlismy poplywac w miejscowej rzeczce (przy okazji zaliczajac stopa z lokalesem). Tam dolaczyla do nas pozniej grupa kolejnych travellersow ktorzy zakwaterowali sie u Daniela (dwojka Kanadyjczykow, jeden Aussie i jeszcze ktos). Po powrocie pozny wieczor spedzilismy jak zwykle na werandzie na pogaduchach.

Nastepnego dnia wybralismy sie w koncu do dzungli na pare godzin, najpierw przekroczylismy sie chyboczaca lodka (za 2rm) rzeke, pozniej szlismy ok poltorej godz w glab dzungli (przy okazji zaliczylem uzadlenie przez dzika pszczole albo szerszenia w cycek-szczypalo jak diabli :D), tam zaliczylismy drobna kapiel w plytkiej rzeczce. Podczas powrotu okazalo sie ze jakos slabo dogadalismy sie z naszym przewodnikiem i go nie bylo o umowionej godzinie. Spedzilismy ok pol godz czekajac na niego, az w koncu podplynal ktos inny i sie nad nami zlitowal. Wieczorem siedzac jak zwykle na werandzie przezylismy najazd insektow, bylo ich o wiele wiecej niz zazwyczaj tak, ze bylo trudno sie od nich opedzic. Jedynie Olka miala funa, bo wziela sie za ich fotografowanie. Po godzinie stwierdzila z duma ze " ma juz chyba wszystkie gatunki". Na nastepny dzien umowilismy sie z gosciem, ktory mial nas zabrac jeepem do najblizszego skrzyzowania drog, gdzie moglismy zlapac bus do Miri.

[3.05.2010 Malezja] Statkiem w glab Borneo

W koncu udalo nam sie skorzystac z komunikacji publicznej, wsiedlismy do autobusu jadacego w okolice przystani. W nim nadzywaczaj uprzejmy konduktor i rownie przyjazny kierowca wytlumaczyli nam dokladnie (lacznie z narysowaniem mapki) jak dotrzec na miejsce. Tam po chwili czekania kupilismy bilety (po 44RM) i wsiedlismy na poklad. Podroz trwala 5 godzin, widoki bylo zajebiste-Mekong sie do tego nawet nie umywa, wszedzie dzikie nabrzeza porosniete gestym lasem. W koncu dotarlismy do miejscowosci Sibu, gdzie musielismy sie przesiasc na inny statek plynacy do Kapit. Szybko kupilismy bilety, poprosilismy kapitana zeby o nas pamietal bo chcemy wyskoczyc kupic cos do jedzenia. Szybko wzielismy kurczaka z ryzem co okazalo sie bardzo dobrym pomyslem, bo kolejny etap podrozy trwal kolejne 3 godziny. Po dotarciu do Kapit zakwaterowalismy sie w chinskim hotelu, zjedlismy obiad na markecie i poszlismy spac, bo nastepnego dnia czekalo nas kolejne kilka godzin na statku.

[30.04.-3.05.2010 Malezja] Wiza AU, treking na Santubong

Pobudka wyszla troche pozno po takim udanym wieczorze, bo okolo 11tej, potem sniadanie ktore mielismy w cenie pokoju, a pozniej bieganie do drugiego budynku i sprawdzanie sieci. W koncu okolo 16tej dostalem upragniony mail z australijskiej imigracji o przyznaniu wizy. Wiec znowu bylo co swietowac ;). Ale najpierw wyskoczylismy na miasto, zeby zasiegnac jezyka jak sie dostac do wioski lezacej niedaleko Kuchingu, skad mozna sie wybrac bylo na najwiekszy szczyt w okolicy (okolo 800 m). Okazalo sie to niemalym wyzwaniem, jesli chcielismy skorzystac z komunikacji publicznej ktora w tym kilkuset tysiecznym miescie prawie nie istniala. Przy okazji zaczepilismy lokalesa gdzie tu mozna zjesc tanio i dobrze i zaprowadzil nas na Open-air Market, gdzie dodatkowo podpowiedzial co wybrac, chwile nam potowarzyszyl, a pozniej jeszcze uparl sie zeby za wszystko zaplacic. Wieczor ponownie spedzilismy z Herbertem przy piwku opijajac przyznanie mi wizy australijskiej.

Nastepnego dnia ruszylismy z rana w kierunku pobliskiego wzgorza Santubong, po dotarciu tam przy wykorzystaniu (troche przydrogiej) komunikacji prywatnej, wzielismy sie ostro do roboty. Szlak byl dosc trudny glownie dlatego, ze bylo stromo i bardzo goraco, a wzielismy tylko jedna niepelna 1litrowa butelke wody. Po drodze rozmawialismy z mnostwem ludzi, wszyscy byli usmiechnieci i przyjazni. W drodze powrotnej wyhaczylismy dwoch mlodych chlopakow, ktorzy przyjechali tutaj samochodem, dzieki czemu powrot mielismy zapewniony. Po powrocie znowu uderzylismy na Open-Air Market na lokalne jedzonko. Kolejny dzien spedzilismy na obijaniu sie i nic nie robieniu.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Info

Widze, ze niektorzy juz sie zaczynali martwic co sie z nami dzieje, wiec spiesze uspokoic, ze podrooz dalej trwa. W stosunku do bloga jestesmy juz po HongKongu, Malezji i Indonezji, a dzisiaj "wlatujemy" do Australii.

W najblizszym czasie postaram sie uzupelnic braki (a jest o czym pisac!!), zeby byc na biezaco :).

wtorek, 27 kwietnia 2010

[27-29.04.2010 Malezja] Kuala Lumpur

Do KL pojechalismy super wygodnym autobusem (klima, wygodne siedzenia, tylko 3 miejsca w jednym rzedzie) za jedyne 12 RM/os. Po dotarciu do miasta poszlismy na piechote do hotelowej dzielnicy, gdzie znalezlismy niesamowicie ciasny pokoik z dwoma waskimi lozkami (po wstawieniu plecakow praktycznie nie bylo miejsca zeby sie swobodnie w nim poruszac) za 32RM. Od razu z buta ruszylismy do ambasady indonezyjskiej, zeby zalatwic sobie wizy, ale niestety bylo juz zamkniete. Dzien zakonczylismy w McDonald's przygotowujac dokumenty dla australijskiego urzedu imigracyjnego. Nastepnego dnia z samego rana najpierw poszlismy zarezerwowac sobie bilety na Petronas Towers (wejsciowka jest darmowa, ale jest sporo chetnych, wiec trzeba sie umawiac wczesniej). Pozniej zlozylismy wnioski w ambasadzie indonezyjskiej, gdzie zaskoczyli nas dwukrotnie wyzsza cena za wize (zamiast 25$ zaplacilismy 50$ :/). Nastepnie zrobilismy lekki sightseeing polaczony z wizyta w Tourist Center, gdzie zdobylismy troche informacji o naszym nastepnym celu-Borneo, pozniej poogladalismy panorame miasta z Petronas Towers (wszystko jest super fajnie zorganizowane - wprowadzenie w malej sali kinowej dot. koncernu Petronas i samej wiezy, potem wizyta pod opieka przewodnika na 41 pietrze i przechadzka po moscie laczacym dwie wieze, na koniec ekspozycja dot. malezyjskich wiez i innych wysokich budynkow na swiecie). Popoludnie tez bylo pracowite-najpierw odbior wiz indonezyjskich, pozniej spacer po shoppingowej ulicy Bintang, gdzie poznalismy pare Argentynczykow, ktorzy na motorze zwiedzaja swiat (wyruszyli 8 lat temu!!!). Jako ze to byl przedostatni dzien na wyslanie dokumentow do Australii, jak rowniez wylatywalismy nastepnego dnia na Borneo - wieczor rowniez zapowiadal sie pracowicie. Skonczylo sie na netowaniu w McD do 4tej rano. Po drodze wstapilismy jeszcze do sklepiku, gdzie miala miejsce smieszna sytuacja, mianowicie zapytalismy sprzedawce (ktory slabo mowil po angielsku): Have you got postcards?, a on pokazal nam na to wodke marki "Polska" :D. Niestety nie moglismy odespac zarwanej nocy, trzeba bylo wstawac okolo 10tej (kto powiedzial, ze podrozowanie to tylko przyjemnosc i wypoczynek), pozniej lot na poczte zeby wyslac kartki, sniadanie i zaraz ruszylismy w pospiechu na lotnisko (tym razem zostawilismy sobie wiekszy zapas i upewnilismy sie co do godziny odlotu). Dojazd zajal nam 2 godziny (metro z przesiadka, a pozniej autobus), ale bonusem byl przejazd kolo slawnego toru Sepang. Na lotnisku okazalo sie ze nasz znajomy z Niemiec - Herbert zdolal zarezerwowac sobie miejsce na ten sam lot, dzieki czemu ponownie sie spotkalismy. Podczas lotu ja odsypialem zaleglosci, a Olka zaszalala i zamowila sobie danie w samolocie (akurat obchodzila 30te urodziny wiec jakies tam wytlumaczenie bylo ;) ). Po zakwaterowaniu sie w Kuchingu poszlismy z Herbertem na wypasne seafood (rowniez tytulem Olki urodzin), a pozniej juz w hotelu znowu zaszalelismy i wypilismy rowniez na to konto kilka piw, takze kolejny wieczor zakonczylismy bardzo pozno (okolo 3ciej nad ranem).