wtorek, 16 marca 2010
[16.03.2010 Chiny] Kunming - “Spring City” zaliczone przelotem :)
Do Kunmingu dotarlismy okolo 6tej rano. Staralismy sie znalezc na dworcu kogos mowiacego po angielsku, ale z powodu wczesnej pory jeszcze nie bylo zbyt wielu osob z obslugi, wiec musielismy przejsc na chinski (tzn na migi i slowka umieszczone w LP). Po dluzszej chwili dowiedzielismy sie, ze trzeba wziac autobus nr 60, zeby dojechac do centrum miasta i stamtad wziac drugi, nr 80, zeby pojechac na dworzec autobusowy, ktory obsluguje miejscowosci na polnoc od Kunmingu. Wpakowalismy sie (z trudem) w nabity do granic mozliwosci autobus (koszt 1Y/osobe) i po pol godz znalezlismy sie w centrum. Od razu podskoczylo do nas kilka osob (niewiele w porownaniu z Iranem czy Indiami), jednak zadna z nich nie mowila po angielsku (nawet tak prostych slow jak taxi czy hotel). Najpierw zaczelismy od sniadania, weszlismy do ichniego fastfooda i pokazalismy reka na obrazkach co chcielibysmy zjesc. Nasz wybor padl na zupy (normalna rzecz w Chinach :) ), dostalismy wielka miche kluchow okraszonych odrobina miesa. Wciagniecie tego zajelo nam okolo pol godz, ale rzeczywiscie po takiej porcji bylismy najedzeni. Pozniej probowalismy sie jakos sami zorientowac na podstawie mapy i gdzie poszlo wiekoszosc ludzi – gdzie moze znajdowac sie przystanek autobusu nr 80, ale proby spelzly na niczym. Nastepnie zaczepil nas jakis chlopak w garniturze, ktory dukal troche po angielsku i okazal sie byc agentem turystycznym. Zaproponowal nam wycieczke gdzies tam, ale powiedzielismy czego szukamy, wiec wskazal nam droge i jeszcze dal swoja wizytowke z telefonem na wszelki wypadek jakbysmy mieli problem z dogadaniem sie po chinsku, zeby do niego zadzwonic to pomoze i przetlumaczy. Poszlismy we wskazanym kierunku, jednak dalej nie moglismy odnalezc przystanku wiec zaczepilismy jakas mloda dziewczyne, ktora mowila po angielsku, a w dodatku oswiecila nas, ze po co kombinujemy z autobusem, jak mozna skorzystac z kolei, jest taniej i wygodniej. W dodatku okazalo sie, ze oryginalnie wysiedlismy wlasnie przy dworcu kolejowym. Wrocilismy wiec z powrotem, kupilismy bilet na nastepny dzien do Lijiang, gdyz naszym kolejnym celem mial byc Tiger Leaping Gorge – malowniczo polozony wawoz, cel wielu trekkerow, znajdujacy sie pomiedzy Lijiang a Shangri-La. Teraz jedyne co nam pozostalo do zrobienia to znalezienie lokum do przespania sie. Po kilku minutach chodzenia zdecydowalismy sie na hotel "pelna geba", za zbojecka kwote 80Y za noc (gdyz nie moglismy znalezc nic innego w okolicy, a nie chcielismy sie oddalac od dworca). Po odespaniu paru godzin, przepierce kilku ciuchow ruszylismy wieczorem poogladac miasto i cos zjesc :). Pokrecilismy sie troche po centrum miasta, ktore trzeba przyznac, jest bardzo ladne i gustownie zaprojektowane, ponownie (tak jak juz to raz mialo miejsce w BKK) zdziwilismy sie, ze to nie 3ci swiat, nawet nasza Warszafka sie chowa. Wrocilismy dosc wczesnie do hotelu, gdyz o 6tej miala byc pobudka, zeby zdazyc na pociag o 8:20. Rano obudzilismy recepcjonistke (tu maja taki zwyczaj jak w Indochinach, ze zawsze ktos w hotelu zostaje na strazy, rozstawia sobie lozko i spi w nocy, a nie czuwa za kontuarem), odebralismy depozyt za magnetyczna karte i pobieglismy na dworzec.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz