sobota, 17 kwietnia 2010

[17-24.04.2010 Malezja] Langkawi - bezpodatkowy "raj"

Wczesnie rano zjedlismy sniadanie (hokkien char czyli zolty smazony makaron z krewetkami, jajkiem i sosem sojowym), pozniej przeprawilismy sie promem do Butterworth i postanowilismy wyprobowac autostop w Malezji. Chyba jednak miejsce wybralismy nie za ciekawe, przez polgodziny stania nikt sie nie zatrzymal, wiec zrezygnowalismy i skorzystalismy z transportu publicznego (bardzo wygodnego autobusu, przy tym nie za drogiego), pozniej byla jeszcze przesiadka w autobus lokalny, a na koniec prom na Langkawi i taksowka na druga (ciekawsza i ladniejsza) strone wyspy. Dziwna sprawa bo sama wyspa zamieszkana jest przez ok 50 000 ludzi, zawsze jest sporo turystow, a nie maja tam w ogole autobusow (podobno im sie nie oplaca). Tak czy inaczej jedynymi mozliwosciami poruszania sie tam sa taksowka lub skuter i z tej drugiej opcji skorzystalismy po 3 dniach byczenia sie na plazy. Wycieczke po wyspie troche zepsul nam deszcz, musielismy sie schronic na okolo godzine, ale dzieki temu poznalismy Herberta z Niemiec, z ktorym pozniej czesto spotykalismy sie jeszcze na naszej trasie. Po ustaniu deszczu kontynuowalismy nasza wycieczke juz wspolnie z nim. Postanowilismy wejsc na jeden z wyzszych szczytow w okolicy, z ktorego jest piekny widok na cala wyspe. Normalnie ludzie korzystaja z kolejki linowej, ale my zdecydowalismy sie ze tam wejdziemy, co pozwoli nam sie troche rozruszac, a Herbertowi tez bylo to na reke gdyz pozniej w planach mial treking na Kota Kinabalu na Borneo. Niestety z powodu zlego oznaczenia trasy wyszlo na to, ze wspielismy sie nie na ten szczyt co chcielismy, widoki byly rownie ciekawe, ale nie mielismy mozliwosci przespacerowania sie po "Sky Bridge" - specjalnym stalowym pomoscie wybudowanym na samym szczycie gory, ktora byla naszym pierwotnym celem. Podczas zejscia w dol zaliczylismy jeszcze kapiel w studniach wodnych - glebokich zaglebieniach wyzlobionych przez rzeke plynaca z gor. Jako, ze skuter mielismy do 12tej kolejnego dnia, wiec wykorzystalismy go ponownie i zrobilismy sobie z rana objazdowke polowy wyspy (zaliczajac przy okazji luksusowa plaze Datai, dostepna tylko dla gosci drogich hoteli polozonych na polnocy wyspy - my przedarlismy sie jakas lesna sciezka). Kolejny dzien uplynal nam netowaniu gdyz zajelismy sie aplikowaniem o wizy australijskie. O ile w przypadku Olki nie bylo w ogole problemu i dostala wize po godzinie czekania, u mnie trzeba sie bylo troche napocic. Sluzby imigracyjne zazadaly przeslania rozkladu jazdy na Australie, wykazu operacji bankowych za ostatnie 3 miesiace i stanu konta. Mialem na to 7 dni, wiec dalsza czesc dnia uplynela na poszukiwaniu rozwiazania, gdyz nastepnego dnia zaplanowalismy podroz do Melaki, miejscowosci na poludniu Malezji.

Langkawi nie zrobila na nas jakiegos piorunujacego wrazenia, bylo milo i fajnie, ale jakos tak bez klimatu (moze dlatego ze mielismy juz na swoim koncie Goa, Andamany i kilka innych plaz), jednak warto sie tam wybrac chocby dlatego, ze wyspa jako chyba jedyne miejsce w tym kraju nie ma nalozonych podatkow (nie wiem dokladnie czy wszystkich czy tylko VAT i dochodowego), w zwiazku z czym piwo jest 3x tansze, a paliwo kosztuje ok 1,5 PLN/litr.

2 komentarze:

Anna pisze...

Mam takie pytanie do autora: dlaczego nie poszedł na dziennikarstwo ??? Czyta się z zapartym tchem, nie ma dłużyzn, są same najważniejsze wiadomości, piękny reporterski język, i za każdym razem inne ciekawostki, nawet o jedzeniu... Pozdrawiam

camer pisze...

dziennikarstwo odlozylem na pozniej, zaczne kariere w okolicy 50tki ;)