środa, 7 kwietnia 2010
[7-10.04.2010 Chiny] Yangshuo-bajkowa kraina
Pociag dowiozl nas do Guilin, skad po okolo godzinnej jezdzie dotarlismy do celu. Yangshuo jest obecnie ekstremalnie turystyczna miejscowoscia, taki drugi Lijiang, z milionami chinskich turystow przyjezdzajacych w sezonie. Jest to do tego stopnia slawne (i piekne) miejsce, ze widok gor i rzeki z okolic tej miejscowosci jest umieszczony na banknocie 20Y. Nam udalo sie (mozna powiedziec "jak zwykle") wstrzelic tuz przed rozpoczeciem sezonu, co gwarantowalo przynajmniej, ze nie bedzie niesamowicie tloczno. Po dotarciu autobusem na dworzec dalismy sie zgarnac jakiejs pani mowiacej troche po angielsku, cena wyjsciowa za pokoj byla dosc wysoka, my ja zbilismy na 40Y. Pierwszy dzien poswiecilismy na netowanie, gdyz mielismy kilka spraw organizacyjnych do zalatwienia, natomiast nastepnego dnia wypozyczylismy rower tandem :D i ruszylismy na prawie calodniowa wycieczke po okolicy. Korzystajac z GPSa w Omnii wyznaczylismy sobie ambitna trase, ktorej realizacje zakonczylismy po zapadnieciu zmroku. Nie ma co sie wiele rozpisywac na temat urokow tego miejsca, bo zdjecia na blogu Olki mowia same za siebie-dosc powiedziec ze kilkakrotnie przystawalismy tylko dlatego, ze byla tak ladnie iz grzechem byloby tak po prostu przejechac. Jesli chodzi o kulinarne wspomnienia z tego miasteczka to zapewne zapamietamy chlebki z sosem pomidorowym i sezamem (znane nam juz z Pekingu i Shanghaiu), ktore jedlismy na mase, czym chyba zdziwilismy nawet sprzedawce (prawie codziennie kupowalismy po pol wielkiego placka, gdzie Chinczycy kupuja zazwyczaj po jednym-dwoch kawalkach czyli jednej-dziesiatej tego co my). Poza tym bardzo popularnym daniem bylo cos co nazwalismy do-it-yourself: po przyjsciu do lokantki dostawalismy talerz i na niego nakladalismy sobie jakie chcielismy warzywa wystawione na stole (wybor byl bardzo duzy), pozniej wybieralismy rodzaj miesa i podawalismy wymagania (np nie pikantne w przypadku Olki). Wszystko to ladowalo w woku i bylo zasmazane na oleju z dodatkami roznych sosow. Danie o tyle ciekawe, ze rozne kombinacje warzyw dawaly calkowicie odmienny smak i za kazdym razem (o ile ktos chcial zmieniac) mialo sie wrazenia jedzenia roznych potraw. Aha-do tego oczywiscie szedl jeszcze niesmiertelny gotowany ryz, bez ktorego potrawy w Chinach nie sa kompletnymi ;). Ostatni dzien spedzilismy znowu na netowaniu (tym razem w holu hotelowym po "wyczekaltowaniu" sie o 12tej), jako ze nie bylo sensu placic za kolejna dobe. Wieczorem mielismy nocny autobus do Shenzen, miejsca przesiadkowego w drodze do HongKongu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarze:
Aż żal, że nie możemy tego czytać na bieżąco, reportaż, na jaki cały czas czekamy...Mamy nadzieję, że nadrobicie zaległości, bo fajnie jest wiedzieć, jak Wy odbieracie, to co widzicie ( a co my oglądamy na blogu Olki). Pozdrowienia
Prześlij komentarz