wtorek, 3 sierpnia 2010

[4-6.05.2010 Malezja] W tropikalnej dzungli

4.05. Kapit Belaga

Wczesnie rano zrobilismy sobie pobudke i juz o godz 8 bylismy na arabskim markecie. Olka zjadla 2 roti canai (smazone chlebki jeden z jajkiem i sosem curry, drugi zwykly za to z dzemem na pikantnie), ja polasilem sie jak zwykle na fried kueh touw (special) czyli kluski z roznymi kawalkami miesa, owocow morza i warzyw. Pozniej w planach bylo zalatwienie permitow na dalsza podroz w glab Borneo, ale okazalo sie, ze posterunek policji zostal przeniesiony gdzies dalej, trzeba by bylo brac taxi, zeby sie wyrobic czasowo, wiec zapytalismy bileciarzy na nabrzezu czy mozna inaczej i podpowiedzieli, ze da rade wyrobic permit na miejscu w Beladze. Jeszcze dla pewnosci zapytalismy akurat napotkanego policjanta (ktory wlasnie wypisywal komus mandat) i gdy on to potwierdzil z czystym sumieniem udalismy sie na nabrzeze, zeby poczekac na statek. Tam nie lada wyzwaniem bylo odnalezienie wlasciwej lajby, ale staruszka sprzedajaca lakocie pomogla nam, najpierw nam go opisala, a gdy statek nadplynal przyszla i go wskazala. Wygladalo na to, ze bedzie dosc tloczno, a ze chcielismy zajac miejsca w tanszej,drugiej klasie skorzystlismy z bandyckiej metody i Olka skoczyla szybko z malym plecaczkiem zajac miejsca, a ja potem dotarlem juz powoli i ostroznie (bo bylo bardzo wasko i slisko) z dwoma duzymi. Bilety kosztowaly nas po 35Rm na osobe, podroz trwala kolejne 5h, widoki za oknami znowu byly zawaliste, ale ja skupilem sie na wyswietlanym wlasnie filmie (po tylu miesiacach bez tv jak tylko zobacze kawalek ekranu to mnie od razu "wciaga").

Po dotarciu do Belagi podszedl do nas jakis miejscowy moczymorda, ktory wreczyl wizytowke guest hause'u "Daniel's Corner" proponujac od razu bardzo dobre ceny 20Rm za pokoj. Poszlismy za nim i tam spotkalismy sie z wlascicielem, ktory pokazal nam pokoj, bardzo czysty, oddany do uzytku 4 miesiace temu. Zdecydowalismy sie rowniez dlatego, ze Daniel jest lokalesem z krwi i kosci, rdzennym mieszkancem Borneo wychowanym w dzungli, wiec liczylismy na ciekawe opowiesci i moze jakies podpowiedzi co do naszych planow pochodzenia po dzungli. Aha-okazalo sie, ze permity nie sa potrzebne, a w tym samym miejscu zakwaterowali sie Olivier ze Szwajcarii i Nati z Tajlandii, ktorych poznalismy juz dzien wczesniej na statku. Po krotkiej pogawedce z Danielem, gdzie zaproponowal nam kilka opcji spedzenia czasu (niestety wszystkie bardzo jak dla nas kosztowne) m.in. wizyta w jego rodzinnej wiosce, wypad w dzungle, poszlismy "na miasto" poszukac jakiegos jedzenia. Padlo na "babi hutal" - danie z dzika z ryzem i szpinakiem (za 5 rm). Po powrocie do hotelu rowniez Daniel zaprosil nas na jedzenie, ktorym okazalo sie to samo danie tylko mieso bylo troche mniej smaczne, a zamiast szpinaku byly gotowane, a potem smazone paprocie lesne (zreszta bardzo smaczne). Wieczor spedzilismy na pogaduchach na werandzie z Olivierem i Natim (i tysiacami latajacych zyjatek). Bylo o podrozach, o ich osobistych perypetiach (sa para gejow), o Indonezji (naszym kolejnym celu). Przy okazji pozyczylismy na nastepny dzien pelna nowa edycje LP Indonesia, zeby zaczac ukladac plany pobytu w tym kraju.

Kolejny dzien spedzilismy na wgryzaniu sie w temat Indonezji, po poludniu znowu zalapalismy sie na lunch u Daniela (rybka i jakies grzyby), po poludniu poszlismy poplywac w miejscowej rzeczce (przy okazji zaliczajac stopa z lokalesem). Tam dolaczyla do nas pozniej grupa kolejnych travellersow ktorzy zakwaterowali sie u Daniela (dwojka Kanadyjczykow, jeden Aussie i jeszcze ktos). Po powrocie pozny wieczor spedzilismy jak zwykle na werandzie na pogaduchach.

Nastepnego dnia wybralismy sie w koncu do dzungli na pare godzin, najpierw przekroczylismy sie chyboczaca lodka (za 2rm) rzeke, pozniej szlismy ok poltorej godz w glab dzungli (przy okazji zaliczylem uzadlenie przez dzika pszczole albo szerszenia w cycek-szczypalo jak diabli :D), tam zaliczylismy drobna kapiel w plytkiej rzeczce. Podczas powrotu okazalo sie ze jakos slabo dogadalismy sie z naszym przewodnikiem i go nie bylo o umowionej godzinie. Spedzilismy ok pol godz czekajac na niego, az w koncu podplynal ktos inny i sie nad nami zlitowal. Wieczorem siedzac jak zwykle na werandzie przezylismy najazd insektow, bylo ich o wiele wiecej niz zazwyczaj tak, ze bylo trudno sie od nich opedzic. Jedynie Olka miala funa, bo wziela sie za ich fotografowanie. Po godzinie stwierdzila z duma ze " ma juz chyba wszystkie gatunki". Na nastepny dzien umowilismy sie z gosciem, ktory mial nas zabrac jeepem do najblizszego skrzyzowania drog, gdzie moglismy zlapac bus do Miri.

0 komentarze: